Sztylet rodowy - Aleksandra Ruda


Co zrobić jeśli wraz z końcem wojny skończyły się też marzenia o wspaniałej karierze i chwale, twoje cokolwiek ograniczone zdolności magiczne nie są nikomu potrzebne, a w kieszeniach świecą pustki?
Oczywiście zostać królewskim posłańcem, do obowiązków którego należy odwiedzenie regionów kraju i sprawdzanie dokumentów podatkowych. To nic, że do towarzystwa dostaniesz zakochanego trolla, tchórzliwego krasnoluda, bezczelną wojowniczkę i elfa, który utracił wiarę w piękno. I jeszcze kapitan królewskiej armii patrzy z góry i nie daje chwili wytchnienia!
Pracuj, Milo, chwilowo jesteś tu uziemiona. Czeka cię wiele nauki, by pokonać trudności czyhające na każdym kroku, bo zwykłe zadanie może okazać się znacznie trudniejsze niż wydawało się na pierwszy rzut oka...


"Sztyletem rodowym" rozpoczęłam swoją znajomość z panią Rudą, która oczarowała już niejednego czytelnika, zarówno pisząc tę trylogię, jak i historią Olgi i Otta. I za co można cenić Aleksandrę Rudę? Przede wszystkim za humor, bo tutaj jest go od groma, czasem może nawet trochę aż za dużo, zdarzało się, że niektóre żarty do mnie nie przemawiały, ale jednak nadawało to książce fajnego klimatu. Trzeba również wziąć pod uwagę fakt, że historia ma charakter przeważnie humorystyczny, jest mniej poważna i przez to traci polot.

Pierwszym, co rzuca się w oczy w "Sztylecie rodowym", jest paleta różnorodnych bohaterów. I chyba nie przesadzę, mówiąc, że całe to towarzystwo, z jakim będziecie mieć tutaj do czynienia, jest jednym z najbardziej wyrazistych i nietypowych. Mamy ponurego elfa emo Daezaela, opiekuńczego i troskliwego trolla Dranisza, skrytego kapitana Jaromira, zakochaną po uszy wojowniczkę Tisę, niezwykle irytującego Persika. Te postacie są tak nieprzeciętne, że niestety nasza główna bohaterka Mila usuwa się przy nich w cień, ginie w tłumie. W ogóle wydaje się ona nieco słabo zarysowana, co mnie trochę zdziwiło, bo w końcu to ona jest narratorem i powinna się jakoś wybić, a czułam się tak, jakbym miała do czynienia z narracją trzeciosobowa. Mila w ogóle nie wspomina o swojej przeszłości, nie mówi o swoich uczuciach, nie wyraża swojego zdania, czasem jest bierna wobec tego, co dzieje się wokół niej - przez to nie tylko ona, ale i narracja staje się płaska i jakaś taka bezuczuciowa, wręcz sucha.

Kiedy czytałam pierwsze strony, czułam, że to będzie dobra fantastyka. I wydawać by się mogło, że znajdzie się tu coś nowego, ale niestety jest to typowe uniwersum z fantastycznymi stworzeniami, niezbyt rozbudowane z zaledwie garścią własnej twórczej inwencji. Jeśli zaś chodzi o fabułę, to trochę się rozczarowałam, szczególnie że jest ona przeważnie jednowątkowa. Historia kręci się wokół podróży nietypowej drużyny po prowincjach i niewiele się tutaj dzieje, na akcje składają się pojedyncze epizody z ich objazdów, reszta to takie trochę zapychacze, gdzie widzimy jak bohaterowie poznają się nawzajem. Ciekawie robi się dopiero na końcu, gdzie wszystko gęstnieje i nabiera tempa i aż się prosi o to, by natychmiast wziąć w ręce kolejny tom. Co jednak mogę powiedzieć, to to że nie da się oderwać od tej powieści, naprawdę, przez nią się po prostu płynie.

"Sztylet rodowy" nie jest idealny, jak dla mnie to nawet przeciętny, ale czy to za sprawą bohaterów czy też poczucia humoru autorki, książkę czyta się błyskawicznie i niezwykle przyjemnie. Historia idealna na niezobowiązujące wieczory, o dziwo, bardzo wciągająca i niejednej osobie umili czas. Mam tylko nadzieję, że na kontynuację nie będę musiała długo czekać.

1 komentarz:

  1. To książka o tematyce, która kompletnie mnie nie intryguje, więc tym razem sobie odpuszczę.

    OdpowiedzUsuń