Jesień motyli - Andrea Portes

Willa Parker, sześćset czterdziesta szósta mieszkanka małego miasteczka w stanie Iowa, wkrótce ma rozpocząć nowy rozdział życia. Sławna matka, kierując się własnymi ambicjami, postanowiła wysłać ją do elitarnej szkoły dla dziewcząt. Ale spokojnie, to nie potrwa długo. Przecież Willa nie zamierza zostać na dłużej ani w nowej szkole, ani w ogóle na tym świecie.
Znajomość z Remy sprawia, że Willa zmienia zdanie. Remy jest jak kolorowy motyl. Bogata, ekstrawagancka, robi, co chce i gdzie chce. Willa po raz pierwszy czuje, że nie jest całkiem sama. Zafascynowana, daje się wciągnąć w szaleństwo luksusu i zakazanych rozrywek.
Z "Jesienią motyli" miałam taki problem, że choć pomysł jest całkiem niezły, to wykonanie troszeczkę niszczy ten efekt. Temat narkotyków, braku akceptacji i próby wpasowania się w otaczający świat to zagadnienia, o których czytać uwielbiam i nie zanosi się na to, by wkrótce miały mi się przejeść. Do rzeczy jednak, wydaje mi się, że Andrea Portes niczym tutaj nie zaskakuje. Fabuła poprowadzona jest dosyć schematycznie i do pewnego stopnia przewidywalnie, ale jeśli mam być szczera, jakoś mi to szczególnie nie przeszkadzało. Historia potoczyła się tak, jak miałam nadzieję i jestem z tego powodu bardzo zadowolona. Na szczęście "Jesień motyli" pozbawiona jest cukierkowości czy naiwności, co oczywiście bardzo sobie cenię. Nie próbuje na siłę zakończyć szczęśliwie wszystkich wątków.

Willę poznajemy jako nadzwyczaj inteligentną dziewczynę, niestety w jej życiu brakuje obecności matki, a mimo że ma przy swoim boku kochającego ojca, to jego nerwica natręctw (na którą prawdopodobnie cierpi) i niemożliwość pogodzenia się z odejściem żony nie sprzyjają jej dobremu rozwojowi. Czuje presję i niezupełnie wie, jak sobie z nią poradzić. W jednej chwili musi wyjść spod klosza i otworzyć się na zupełnie nowy świat, gdzie w końcu może zostać doceniona. Niestety ma to swoją cenę. Na okładce jest nikły zwiastun wątku samobójczego, ale nie spodziewałabym się tutaj niczego konkretnego. Jest o nim mowa bodajże w dwóch fragmentach, jeśli się nie mylę. W "Jesieni motyli" mamy bohaterów niedoskonałych, (mówię tu nie tylko o Willi, ale również o Remy czy Milo), takich z krwi i kości, ludzkich, którzy popełniają błędy, czasem się na nich uczą. Robią głupie rzeczy, ponieważ chcą być akceptowani i wciąż próbują się odnaleźć. 

Największy problem miałam ze stylem. Andrea Portes pisze bardzo młodzieżowym stylem, czasem to aż razi. Mamy tu narrację pierwszoosobową, jednak myśli Willi nieraz są chaotyczne i niepoukładane, a zwracanie się do czytelnika dodatkowo psuje efekt. Dla mnie to zupełnie niepotrzebne i pewnie było jedną z przyczyn ciężkiego wbicia się w powieść, bo miejscami bardzo mnie to męczyło, a także trochę spłyciło historię w moich oczach. Autorka wprowadza tu tyle wątków i mimo że każdy z nich wydaje się otrzymać swoje pięć minut, wolałabym, żeby autorka na niektórych skupiła się jeszcze bardziej, wyciągając z nich więcej.

"Jesień motyli" jest dobrą książka i gdyby popracować nad wykonaniem, doszlifować to i owo, wyszłaby z tego naprawdę wciągająca i zapadająca w pamieć powieść. A tak, choć było nieźle, zdarzyły się lepsze i gorsze momenty, to książka wydaje się niezobowiązująca lekturą kierowaną głownie do młodzieży opisującą ich problemu i skupiająca się na ich życiu. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz