Dziewczyna, którą kochały pioruny - Jennifer Bosworth

Mia Price to dziewczyna, którą kochają pioruny. Los Angeles jest jednym z niewielu miejsc, gdzie czuje się bezpieczna. Do czasu gdy trzęsienie ziemi niszczy miasto. Wokół panuje chaos. Plaże zmieniają się w gigantyczne wioski namiotów. Śródmieście jest rumowiskiem. Nocami w opuszczonych budynkach odbywają się dzikie imprezy. Ich uczestników przyciąga w ruiny moc, której nie potrafią się oprzeć. Dwie walczące ze sobą sekty gromadzą coraz więcej wyznawców. I obie widzą w Mii klucz do wypełnienia dwóch apokaliptycznych proroctw… Tajemniczy Jeremy obiecuje ją chronić, lecz czy jest tym, za kogo się podaje? Mia nie jest tego pewna.

Od dawna chciałam przeczytać tę książkę. Zapowiadała się naprawdę ciekawie, trzeba przyznać: sekty, Los Angeles po kataklizmie, pioruny. Czy potrzeba więcej na zachętę? Mnie bynajmniej to w zupełności wystarczyło i z niecierpliwością wyczekiwałam momentu, kiedy wreszcie będę mogła zatracić się w historię Mii.

Myślę, że "Dziewczyna, którą kochały pioruny" ma niewykorzystany potencjał. Stać ją na więcej, ale wszystko psuje słaba organizacja i nieumiejętne przedstawienie. Jest tu kilka ciekawych pomysłów, które można by lepiej rozwinąć i rozbudować, z kolei wepchnięcie innych wątków potrafi popsuć odbiór i wprawić w lekki niesmak.

Mam wrażenie, że najgorzej wypadło ukazanie świata po katastrofie, zupełnie jakby autorka chciała przedstawić totalne zgliszcza, na których nie powinien się ostać kamień na kamieniu, a jednak to nie do końca wyszło. Budynki przetrwały, bohaterka normalnie porusza się samochodem, uczniowie chodzą do szkoły, rząd nic nie robi. W ogóle nie odczułam tych zniszczeń, nie było ciężkiej atmosfery, żadnej paniki pośród ludzi i tak na dobrą sprawę to można o tym zapomnieć, gdyby nie wzmianki autorki na ten temat. W ogóle pod tym względem książka jest pełna niedorzeczności i niewiele rzeczy trzyma się kupy. 

Książka zapisana jest nierównomiernie, raz akcja jest poprowadzona sprawnie i czyta się naprawdę przyjemnie, by później przez dłuższy okres po prostu stać w miejscu i przynudzać. Doszło do sytuacji, gdzie musiałam się zmuszać, by nie skakać po akapitach i nie omijać szerokim łukiem połowy strony. Do tego należy dodać papierowe postaci, z główna bohaterką na czele, które aż rażą swoją nienaturalnością i płaskością, a także ignorancją i bezmyślnością.

Całkiem dobrym pomysłem było wprowadzenie dwóch sekt - Tropicieli i Wyznawców, tylko że znowu z wykonaniem wyszło gorzej. Myślę, że gdyby lepiej rozwinąć ten wątek to wyszłaby z tego dosyć ciekawa utopia o zabarwieniu religijnym, niestety Jennifer Bosworth w "Dziewczynie..." postanowiła chyba pójść na łatwiznę i niezbyt się wysilić, co w efekcie doprowadziło do pewnych nieścisłości i spłaszczyło koncepcję autorki. Wydaje się do aż nazbyt wymuszone i sprowadza coś obiecującego w oklepane i żenujące motywy. 

Ostatecznie "Dziewczyna, którą kochały pioruny" okazała się nieprzyjemnym zaskoczeniem. Miało być intrygująco, ciekawie, a wyszło po prostu nijako. Jennifer Bosworth zaczęła z wszystko z całkiem wysokiego poziomu, by do samego końca staczać się po równi pochyłej w dół. Było tu wiele obiecujących pomysłów, które zniszczono jeszcze w zarodku i wstawiono za nie coś pozornie ciekawego. 

3 komentarze:

  1. Ja też czytałam "Dziewczynę.." i mam takie same odczucia jak ty :D
    Na początku świetnie, a potem coraz gorzej...

    OdpowiedzUsuń
  2. Szkoda, że książka nie wyszła tak jak powinna, bo mogłaby to być naprawdę ciekawa powieść. Chyba się na nią nie zdecyduję ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Och, szkoda, że tak kiepsko wyszło. :( Miałam ochotę na tę książkę, nie jakąś dużą, ale taką po prostu, jednak widzę, że dobrze, że jej nie kupiłam, gdy miałam okazję. Pewnie kiedyś i tak przeczytam, by wyrobić sobie opinię, ale zapewne dużo czasu minie, nim to się stanie. :P

    OdpowiedzUsuń