"50 twarzy Greya" to jedna z najbardziej wyczekiwanych
premier 2015 roku, ekranizacja bestsellerowej powieści autorstwa E.L. James i raczej
nie ma osoby, która choć trochę nie kojarzyłaby historii Christiana Greya i Anastasii
Steel.

Ogólnie film nie był taki zły, nie wiem czy z racji samego
poziomu czy raczej towarzystwa, z jakim poszłam na seans. Być może jedno i
drugie, niemniej jednak całość nie wypadła tak tandetnie, jak początkowo sądziłam.
Najgorszym błędem, jaki można było popełnić, nakręcając film, była źle dobrana obsada. Dla mnie to kardynalny błąd, który odebrał mi cały zapał i ostudził nieco oczekiwania. Jamie Dornan jako Christian był mało przekonujący w swojej roli. Jego wizerunek nie pasował mi do odtwarzanej postaci, według mnie był zbyt niewinny ( to wszystko przez te oczy ), brakowało mu tej charyzmy i może zabrzmi to dziwnie, ale był za mało męski. Nie przypominał faceta, przez którego kobietą miękną kolana. Dakota Johnson, jako Ana, zagrało nieco lepiej, jednak nadal nie powalająco. Ani trochę nie przypominała książkowej Any, a jej zachowanie nie jest ani uwodzicielskie ani zmysłowe, wywoływało u mnie albo zażenowanie, albo śmiech.

Mogłabym jeszcze pisać i pisać, ale byłyby to raczej negatywy, co zaniżyłoby wartość filmu, a jak pisałam, nie był on wcale taki zły, jak już wczesniej pisałam. Zdarzyło się kilka rozbrajających scen i mimo wszystko miło spędziłam czas, oglądając film. Przyznam, ze szału nie ma, ale nie oczekiwałam jakiegoś oszałamiającego efektu, więc i nie zawiodłam się za bardzo. Czy polecam? To już zależy od was :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz